Janelle Monae
8.068th June
WARSAW STAGE
Monáe od początku zdawała się pochodzić z tej samej rzeczywistości, z której przybyli przed nią George Clinton, Parliament i Funkadelic. Na pierwszej EP-ce i dwóch poprzednich płytach opowiadała historię Cindi Mayweather, pół archanioła, pół androidki, która została zesłana z dalszej do bliższej przyszłości, by wyswobodzić androidy z niewoli i wyrównać rachunki z ludźmi – jednak wyłącznie pokojowymi środkami. Monáe zżyła się z Mayweather jak z drugim wcieleniem. Równie mocno jak David Bowie z Ziggym Stardustem.
Dzisiaj mówi już tylko za siebie, ale w jej opowieściach ciągle trudno odróżnić życiorys od autokreacji. Jeśli wierzyć artystce na słowo, wychowywała się w bardzo skromnych warunkach: jej matka pracowała jako woźna, a ojciec jako śmieciarz. Lata później – już w Atlancie – Monáe miała mieszkać z sześcioma innymi dziewczynami i sprzedawać pierwsze płyty z bagażnika w samochodzie. A jednak poznała Big Boia z OutKast, założyła własną wytwórnię płytową, przebiła się. Wyłaniająca się z jej wypowiedzi autobiografia w niczym nie przypomina historii Cindi Mayweather. Raczej scenariusz amerykańskiego przeboju kinowego o równie spektakularnym, co nieprawdopodobnym sukcesie.
Na „Dirty Computer” artystka dowodzi, że jest tego świadoma. „I am not America’s nightmare, I am the American dream” – śpiewa w „Crazy, Classic, Life” i brzmi przy tym, jakby czuła się niemal królową życia. Odważnie zestawia ze sobą wiele gatunków (r’n’b, funk, rap, synth-pop, soul, psychodelię) w całość zdecydowanie bardziej przystępną niż na poprzednich płytach, zakorzenioną we współczesnym popie. Aż można by pomyśleć, że Cindi Mayweather udała się z powrotem do nowszego wspanialszego świata.
Janelle Monáe łączy różne style muzyczne z sugestywnymi tekstami. O pożądaniu śpiewa tak niewinnie, jakby było dla niej całkowicie naturalną częścią życia („It’s like I’m powerful with a little bit of tender/ An emotional sexual bender”). Nawet jej głos wydaje się inny niż kiedyś – bardziej delikatny i dziewczęcy. Pod tym względem „Dirty Computer” kojarzy się z muzyką Spice Girls. Słychać tu również podobne jak u gwiazd lat dziewięćdziesiątych podejście do melodii, chórków i harmonii wokalnych, którym towarzyszy rytm r’n’b (na przykład „Take a Byte” rytmicznie przypomina „Say You’ll Be There”). Girlsbandowy charakter płyty podkreśla też gościnny udział Zoë Kravitz i Grimes. „Poptymistyczną” wrażliwość tej drugiej wyczuwa się w singlowym „Pynk” od razu. Choć cała lista współpracowników Monáe robi wrażenie: zaliczają się do nich jeszcze między innymi Stevie Wonder, Brian Wilson (The Beach Boys) i Pharrell Williams.
Janelle Monáe łączy różne style muzyczne z sugestywnymi tekstami. O pożądaniu śpiewa tak niewinnie, jakby było dla niej całkowicie naturalną częścią życia („It’s like I’m powerful with a little bit of tender/ An emotional sexual bender”). Nawet jej głos wydaje się inny niż kiedyś – bardziej delikatny i dziewczęcy. Pod tym względem „Dirty Computer” kojarzy się z muzyką Spice Girls. Słychać tu również podobne jak u gwiazd lat dziewięćdziesiątych podejście do melodii, chórków i harmonii wokalnych, którym towarzyszy rytm r’n’b (na przykład „Take a Byte” rytmicznie przypomina „Say You’ll Be There”). Girlsbandowy charakter płyty podkreśla też gościnny udział Zoë Kravitz i Grimes. „Poptymistyczną” wrażliwość tej drugiej wyczuwa się w singlowym „Pynk” od razu. Choć cała lista współpracowników Monáe robi wrażenie: zaliczają się do nich jeszcze między innymi Stevie Wonder, Brian Wilson (The Beach Boys) i Pharrell Williams.